Nie. Tekst wygenerowany przez AI i opublikowany bez przeczytania przez człowieka, który zna branżę, to ryzyko dla firmy, a nie oszczędność. Model pisze płynnie także wtedy, gdy się myli. Błędną cenę, nieistniejący warunek dotacji albo zmyśloną statystykę na stronie czytelnik przypisze firmie, nie narzędziu. Nas to dotyczy bezpośrednio, bo piszemy blogi i strony docelowe dla klientów i sami używamy przy tym AI.
Pretekstem jest informacja Search Engine Roundtable o aktualizacji wytycznych Google dotyczących treści AI, sprawdzania faktów i przeglądu. To serwis branżowy, który na bieżąco śledzi zmiany w wyszukiwarce Google. Nie streszczamy go. Dokładne brzmienie zmian sprawdź u źródła. Jak Google będzie je egzekwował w praktyce, jeszcze nie wiadomo. Nasze stanowisko od tego nie zależy: nawet gdyby Google niczego nie zmienił, publikowanie niesprawdzonego tekstu byłoby złą praktyką.
W skrócie:
- Tekst z AI nadaje się na szkic, a do publikacji dopiero wtedy, gdy człowiek znający branżę sprawdził każde twierdzenie z liczbą, prawem albo obietnicą.
- Błąd na stronie docelowej kosztuje nie tylko pozycję w Google, ale też leady, które odpadają przy weryfikacji, bo ktoś zostawił zgłoszenie, oczekując czegoś innego.
- Nie publikujemy liczb bez źródła: jeśli nie mamy danych, nie stawiamy tezy, która by się na nich opierała.
Co aktualizacja wytycznych Google zmienia dla firmy, która pozyskuje klientów przez stronę i reklamy?
Mniej, niż sugerują nagłówki, i więcej, niż chcieliby sprzedawcy artykułów hurtem. Dla firmy usługowej strona nie jest celem samym w sobie. Jest ogniwem łańcucha: reklama na Mecie albo w Google, strona albo formularz, telefon od handlowca.
Na naszym koncie Meta lead w księgowości kosztuje 61 zł, w fotowoltaice 110 zł, a w kredytach walutowych 224 zł. To koszt zgłoszenia z formularza, zanim ktokolwiek je sprawdził. Po weryfikacji odpadają fałszywe numery, duplikaty i osoby, które szukały czegoś innego, więc koszt leada, z którym da się rozmawiać, jest wyższy.
Tu wraca jakość tekstu. Jeśli strona obiecuje coś, czego firma nie oferuje, albo podaje nieaktualne warunki, reklama nadal przynosi zgłoszenia. Część z nich przepada przy pierwszym telefonie. Płacisz za formularz, a klienta nie masz. Do tego dochodzi ryzyko w Google, o ile aktualizacja rzeczywiście mocniej premiuje sprawdzone treści. Ale rachunek w leadach widać szybciej niż spadek w wynikach wyszukiwania.
Dlaczego AI myli się w tekstach branżowych?
Bo przewiduje prawdopodobne zdanie, a nie sprawdza faktów. Kiedy prosisz o artykuł o pompach ciepła, model napisze, ile „średnio” kosztuje instalacja, ile „zwykle” wynosi dopłata i jaki „odsetek” klientów jest zadowolony. Wszystko brzmi wiarygodnie i nic z tego nie musi być prawdą.
Najgroźniejsze są trzy rodzaje błędów:
- Zmyślone liczby. Procent, średnia cena, „badania pokazują”. Bez nazwy badania i bez linku.
- Nieaktualne zasady. Warunki programów dopłat, kredytów czy ulg zmieniają się częściej, niż model się uczy.
- Obietnice w imieniu firmy. Termin realizacji, gwarancja, rabat, których właściciel nigdy nie zatwierdził.
Każdy z nich wygląda na stronie tak samo pewnie jak prawda. Detektor AI tego nie wyłapie, bo ocenia styl, a nie fakty.
Jak weryfikujemy teksty pisane z pomocą AI?
Każde twierdzenie z liczbą, prawem albo obietnicą musi mieć źródło. Inaczej wylatuje z tekstu. AI piszę u nas szkic na podstawie danych, które sami mu dajemy, a nie tego, co „wie”. Potem całość czyta człowiek. Fragmenty o ofercie, cenach i przepisach zatwierdza klient, bo to on odpowiada za to, co obiecuje.
| Rodzaj twierdzenia | Przykład | Skąd musi pochodzić | Co robimy bez źródła |
|---|---|---|---|
| Koszt leada | „lead w leasingu kosztuje 64 zł” | dane z naszego konta reklamowego | usuwamy liczbę |
| Statystyka rynkowa | „większość firm robi X” | nazwane badanie z linkiem | usuwamy całe zdanie |
| Przepisy, podatki, dotacje | warunki programu dopłat | źródło urzędowe i akceptacja klienta | tekst czeka na klienta albo jego prawnika |
| Oferta i ceny klienta | termin montażu, gwarancja | potwierdzenie klienta na piśmie | nie publikujemy fragmentu |
| Opinie i case study | „klient zaoszczędził” | zgoda i dane klienta | nie publikujemy |
| Staż i doświadczenie | „działamy od roku X” | dokumenty firmy | usuwamy |
Ta tabela to zwykła lista kontrolna, nie żadna technologia. Działa tylko dlatego, że ktoś ją faktycznie przechodzi przy każdym tekście.
Czego nie zrobimy, nawet jeśli klient o to poprosi?
Nie opublikujemy tekstu, którego nikt nie przeczytał. Mamy w tym interes i mówimy to wprost: zarabiamy na reklamach na Mecie i w Google oraz na treściach, które sami piszemy z pomocą AI. W ostatnich 12 miesiącach dostarczyliśmy klientom 62 672 leady. Właśnie dlatego niesprawdzony tekst jest dla nas złym interesem: psuje stronę, na którą sami kierujemy ruch.
Konkretnie:
- Nie sprzedamy pakietu „100 artykułów miesięcznie”. Przy takim wolumenie nikt nie sprawdza faktów, tylko liczy sztuki. To naciąganie klienta na objętość zamiast na wynik.
- Nie wpiszemy „według badań” bez badania. Jeśli nie ma liczby, nie ma tezy opartej na liczbie. Wolimy krótszy tekst niż zmyślony.
- Nie zrobimy setki prawie identycznych stron pod każde miasto. Zmienianie samej nazwy miejscowości w szablonie to treść dla robota, nie dla klienta.
- Nie obiecamy pozycji w Google po tej aktualizacji. Nie znamy jeszcze jej skutków. Kto dziś gwarantuje efekt, gwarantuje coś, czego nie kontroluje.
- Nie podpiszemy tekstu nazwiskiem eksperta, który go nie widział. Podpis ma znaczyć, że ktoś za treść odpowiada.
Każdy z tych skrótów przenosi ryzyko na klienta. Agencja oszczędza godziny, a klient płaci leadami, które nie przychodzą, i zaufaniem, które trudno odbudować.
Kiedy nie potrzebujesz agencji do pisania treści?
Gdy publikujesz rzadko i znasz branżę lepiej niż ktokolwiek z zewnątrz. Wtedy napisz tekst sam, użyj AI do szkicu i przejdź go z tabelą powyżej. Wyjdzie taniej i prawdopodobnie lepiej.
Druga sytuacja to branże, w których każde zdanie o produkcie podlega regulacjom, na przykład kredyty hipoteczne czy ubezpieczenia. Tam ostatnie słowo musi mieć osoba odpowiedzialna u Ciebie za zgodność z przepisami. Możemy przygotować tekst i kampanię, ale nie zastąpimy jej akceptacji i nie będziemy udawać, że jest inaczej.
Co zmieniamy u siebie od tego wpisu?
Do każdego tekstu dla klienta dołączamy listę twierdzeń z liczbami, przepisami i obietnicami, każde ze wskazanym źródłem. Klient widzi ją przed publikacją i zatwierdza fragmenty o swojej ofercie. Bez tej akceptacji tekst nie idzie na stronę. Liczby pochodzą wyłącznie z naszych kont reklamowych albo z dokumentów klienta. To, czego nie umiemy poprzeć, usuwamy, zamiast łagodzić słowami typu „około” czy „zwykle”.
Najczęstsze pytania
Czy Google karze za treści napisane przez AI?
Z tego, co Google publikował dotąd, ocenie podlega jakość i przydatność treści, a nie samo narzędzie, którym ją napisano. Jak dokładnie najnowsza aktualizacja wytycznych to zmienia, sprawdź w źródle, bo skutki w wynikach wyszukiwania nie są jeszcze znane.
Czy detektor AI wystarczy do sprawdzenia tekstu?
Nie. Detektor ocenia, czy tekst brzmi jak napisany przez maszynę, a nie to, czy podane w nim fakty są prawdziwe. Zmyśloną cenę albo nieaktualny przepis wyłapie tylko człowiek, który zna branżę.
Czy mogę wygenerować opisy usług w AI i od razu wrzucić je na stronę?
Możesz, ale bierzesz na siebie każdą obietnicę, którą model wpisał w Twoim imieniu. Przeczytaj każdy opis i usuń terminy, ceny i gwarancje, których sam nie oferujesz.
Czy błąd w tekście na stronie wpływa na koszt leada?
Tak, pośrednio. Reklama nadal przynosi zgłoszenia, ale osoby, które przyszły po obietnicę spoza Twojej oferty, odpadają przy pierwszym kontakcie, więc koszt leada po weryfikacji rośnie.